
Menu witryny
| START |
| ZEBRANIA KLUBOWE |
| STATUT KLUBU |
| WERNEROWCY |
| NAPISZ DO NAS |
| MULTIMEDIA |
| HISTORIA KLUBU |
| ZAGRALI DLA WERNERA |
| ZASPONSORUJ KLUB |
| GALERIA |
| SZUKAJ |
| LINKI |
| FORUM |
| KSIĘGA GOŚCI |
Gościmy
Odwiedza nas 15 gościLogowanie
| KRYM 2008 |
|
|
|
| Redaktor: Przemek Firek | ||||
| 30.09.2008. | ||||
|
Z racji tego, że większość ciekawych miejsc w Polsce mamy już zjeżdżone i nikomu już nie chciało się w tym roku jechać kolejny raz w kotlinę Kłodzką albo w Bieszczady tegoroczny wyjazd wakacyjny postanowiliśmy zaplanować poza granicami Polski. Wybór padł na naszych wschodnich sąsiadów, a mianowicie na Ukrainę. Państwo to zostało wybrane chyba z tego względu, że każdy z nas nie wiedział, co tak naprawdę nas tam spotka, lecz pomimo krążących legend i Ukraińskiej policji i ogólnie całym tamtejszym ustroju po przejechaniu ponad 4 tyś km tamtejszymi drogami nie możemy powiedzieć ani jednego złego słowa na temat Ukrainy. Głównym naszym celem było objechanie dokoła półwyspu krymskiego, co jak się później okaże nie było takie łatwe jak by się wydawało. Po wielu dniach przygotowywania motocykli, planowania, załatwiania paszportów, ubezpieczeń itp. nadszedł długo oczekiwany dzień wyjazdu. DZIEN 1 ( 1 sierpnia, piątek)
O godzinie 7 rano zbiórka u Rogatego pod domem i bez ociągania się wyruszamy w składzie: Rogaty z Rogatą ( Honda Transalp), Mikołaj z Izą ( Honda Africa) i Przemek ( Yamaha TDM). Za kierunek obraliśmy Solinę w Bieszczadach gdzie mieliśmy spędzić pierwszą noc. Nad Solinę dotarliśmy około godziny 14. Szybko rozbiliśmy się na polu namiotowym i reszta dnia zleciała na szwendaniu się po barach.
DZIEN 2 ( 2 sierpnia, sobota)
Pobudka około 8 rano, śniadanie, szybkie pakowanie i około godziny 11 byliśmy już w drodze do przejścia granicznego w Korczowej gdzie mieliśmy się spotkać z Gilem i Ewą ( Honda Transalp) oraz Stachem i Anią ( Honda Transalp). Około godziny 13 dotarliśmy na przejście graniczne gdzie przywitała nas bardzo długa kolejka samochodów oczekujących na odprawę.
DZIEN 3 ( 3 sierpnia, niedziela)
Pobudka około godziny 8 i ruszamy zobaczyć kawałek Lwowa. W międzyczasie pogoda zaczęła się psuć i trochę pada deszcz. 2 godziny spacerowania po Lwowie i wracamy do hotelu pakować graty. O godzinie 13 zapakowani odjeżdżamy z pod hotelu. Niestety Mikołaj z Iza zostają we Lwowie, ponieważ ich urlop nie pozwala im na dalsza podróż z nami. Wyjeżdżamy w pochmurną pogodę lecz jeszcze nie pada. Po przejechaniu przez Termopil zaczyna padać. Ubieramy się w deszczówki i jedziemy dalej. Deszcz coraz bardziej się nasila. Kolejne 100 km pokonujemy w dość dużym deszczu i przy bardzo słabej widoczności, a na dodatek Ukraińcy jeżdżą bez świateł a jak już maja światła to długie! Kolo godziny 18 przestaje w końcu padać i zatrzymujemy się przy drodze gdzie znajdowało się około 200 metrów straganów tylko i wyłącznie z różnymi gatunkami ryb. Suszone, wędzone, pieczone, gotowane. Jakie się tylko chciało, a niektóre z nich widzieliśmy pierwszy raz w życiu.
DZIEN 4 ( 4 sierpnia, poniedziałek)
Wyruszamy z samego rana w piękna słoneczną pogodę. Po kilku godzinach jazdy na jednym z postojów zauważamy wyciek oleju z TDMA. Cieknie z pod pokrywy klawiatury. Dolewamy oleju i jedziemy dalej. Docieramy do Winnicy- stolicy obwodu Winnickiego. Po wjechaniu do miasta czujemy się trochę zdezorientowani, ponieważ na drogach panuje tam wszechobecny chaos. Wszyscy jeżdżą jak chcą. W ciągu pół godzinnego przejazdu przez to miasto złamaliśmy chyba tyle przepisów drogowych co dotychczas wszyscy razem przez cale życie. Najbardziej ciekawym elementem miast było dość dziwne rondo na którym do tej pory nie wiemy o co chodziło. W drodze powrotnej postanowiliśmy od razu ominąć to miasto. Dalej kierujemy się w kierunku autostrady do Odessy. Drogi proste, szerokie, i trochę pofalowane, ale jedzie się przyjemnie. Po wjechaniu na autostradę w kierunku Odessy jesteśmy mile zaskoczeni. Żeby u nas w Polsce były takie autostrady jak ta to jeździłoby się o wiele lepiej. Szeroka, równa jak stół autostrada ciągnie się aż do samej Odessy. My niestety po 40 km musieliśmy zjechać, bo postanowiliśmy odpuścić sobie Odesse żeby zobaczyć jak najwięcej rzeczy na Krymie. I tak cały dzień mija nam na jeździe. Około godziny 19 dojeżdżamy do jakiejś malej wioski przed Nowa Odessa gdzie jemy późny obiad w przydrożnym barze i spotykamy całego busa długowłosych, wytatuowanych Czechów, którzy jada w tym samym kierunku, co my, czyli do Yevpatori na Ukraińska Metal Manie. Po obiado-kolacji zakupy w sklepie i jedziemy poza obszar miasteczka gdzie rozbijamy namioty nad niedużym zbiornikiem wodnym, w którym jak się dowiedzieliśmy w sklepie nie wolno się kąpać, ponieważ woda jest skażona. Krótka alkoholizacja przy namiotach i idziemy spać.
DZIEN 5 ( 5 sierpnia, wtorek)
Wczesna pobudka, szybko się pakujemy i ruszamy w trasę. Po drodze stajemy w przydrożnym barze na śniadanie. Krajobraz jak w Texasie. Długa prosta droga, dookoła równiny wypalone słońcem i jeden przydrożny bar, przy którym stoją dwa tiry. Ogólnie fajny klimat. Po śniadaniu kierujemy się na Mykolaiv a potem Kherson. 100 km za Kherson naszym oczom ukazuje się pierwszy widok na morze Czarne. Czuć już w powietrzu orzeźwiającą bryzę morska, która przy temp powietrza ok. 35 stopni umila jazdę. Zjeżdżamy z głównej drogi i jedziemy mniej uczęszczanymi szlakami do Yevpatori. Mniej uczęszczane szlaki oznaczają kompletny brak stacji benzynowych a co za tym idzie Gilowi musiało w końcu zabraknąć paliwa. Szybkie spuszczenie paliwka z TDMa i jedziemy dalej.
DZIEN 6 ( 6 sierpnia, środa)
Z samego rana udaliśmy się na plaże żeby poleżeć plackiem na słońcu i wykąpać się w morzu, lecz nasze plany po dwóch godzinach na plaży szybko się zmieniły. Masa ludzi na piasku, wszechobecny brud i kupki śmieci szybko zniechęciły nas do plażowania, wiec postanowiliśmy ze jedziemy dalej. Około południa wyruszyliśmy z Yevpatori w kierunku Bakczysaraju. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze przy brzegu morza w miejscu gdzie odbywał się festiwal metalowy. W momencie, kiedy się zatrzymaliśmy akurat na scenie występowała Polska kapela. Podczas postoju, okazalo się ze wyciek oleju w TDMie bardzo się nasili i trzeba cos z tym zrobić. W dalszej drodze do Bakczysaraju w sklepie motoryzacyjny udało nam się kupić silikon silnikowy, którym później cos będzie można zdziałać. Na miejsce dotarliśmy około godziny 18. Pod hotelem, w którym się zatrzymaliśmy spotkaliśmy czecha na Varadero, który próbował polepić taśma motocykl. Jak się później okazało podczas rozmowy biedak miał wypadek razem z żona. Gość Ładą wyjechał mu z pobocza czego następstwem był dzwon. Na szczęście skończyło się tylko na złamanej nodze u żony a on tylko się poobijał. Żona wróciła samolotem do domu a on próbował poskładać motocykl żeby mógł wrócić nim do domu. W międzyczasie trzech Węgrów którzy przejeżdżali obok zobaczyło motocykle pod hotelem i tez do nas podjechali. Przyjechali na V-stromie 650, TDMie, i Fazerze FZ6. Zamieniliśmy kilka zdań, zapytali się o nocleg, co tu ciekawego można zobaczyć i pojechali dalej. My po zakwaterowaniu się w hotelu ruszyliśmy jak zwykle zwiedzać miejscowe bary. Nasza podróż zakończyła się już w pierwszym napotkanym lokalu bo bardzo nam się tam spodobało. Bakczysaraj to dawne tereny tatarskie i znajduje się tutaj pałac Hana , a knajpa do której trafiliśmy była zrobiona właśnie w stylu tatarskim. Siedzieliśmy po turecku na dywanach, przy pół metrowym stole i paliliśmy faje wodna na winie, słuchając dość ciekawej muzyki granej na żywo. Zabawiliśmy tam do późnej nocy i wyszliśmy stamtąd naprawdę zadowoleni.
Od samego rana ostro wzięliśmy się za zwiedzanie. Na pierwszy ogień poszedł pałac Hana. Pałac jak to pałac. Nic niesamowitego, tym bardziej ze przewodnik gadał szybko po rosyjsku i mało, co mogliśmy zrozumieć. Po wyjściu z pałacu spotkaliśmy dwie polki, które jeździły po Ukrainie rowerami. Naprawdę odważne dziewczyny. Następnie udaliśmy się na słynne miasteczko skalne CZUFUT-KALE. Na nasz szczęście przed wejście na szlak zawinął nas Ukrainiec i zaproponował ze zawiezie nas na szczyt góry, na której znajduje się miasteczko i sobie tylko zejdziemy na dół przez miasteczko skalne i nie będziemy musieli wchodzić pod gore. Ze względu na nasza leniwość zbyt dług się nie zastanawialiśmy. Podróż Uazem trwała jakieś 20 minut, a po drodze zobaczyliśmy naprawdę niezłe widoki.
DZIEN 8 ( 8 sierpnia, piątek)
Pobudka o 6 rano, szybkie śniadanie i wyjazd o 7:30 w stronę Sewastopola. Tutaj zaczynają się już góry, winkle i równiutki asfalt. Ogólnie raj dla motocyklistów. W Sewastopolu byliśmy około godziny 11. Miasto to do niedawna było zamkniętą bazą wojskową, gdzie stacjonuje rosyjska marynarka wojenna. Aglomeracja znacznie rożni się od innych ukraińskich miast. Jest tutaj czysto, wszystko jest wyjątkowo zadbane, a ulicami spacerują rosyjscy marynarze w mundurach. W portach można zobaczyć okręty podwodne i pancerniki. Poza tym w mieście znajduje się muzeum marynarki wojennej oraz oceanarium. Do muzeum wybrałem się ze Stachem, ale spodziewaliśmy się zupełnie czegoś innego. Chcieliśmy oglądać okręty i działa, a w muzeum zastana nas duża ilość propagandy i jakiś mało ciekawych rzeczy. No, ale liczy się to ze byliśmy w muzeum. Potem udaliśmy się z dziewczynami do oceanarium. Tutaj było już dużo ciekawiej. Cala masa egzotycznych zwierzat, których w Polsce się nie zobaczy. Warte obejrzenia. Po południu udaliśmy się dalej droga M18 wzdłuż wybrzeża w kierunku Jałty a docelowo do Sudaku zwiedzając po drodze Jaskółcze gniazdo
DZIEN 9 (9 sierpnia, sobota)
Rano udaliśmy się na śniadanie a po śniadaniu zrobiliśmy drugie podejście do zwiedzania zamku, lecz okazało się ze akurat dzisiaj wstęp na zamek jest płatny ze względu na festiwal, a wejście nie było tanie wiec postanowiliśmy odpuścić wchodzenie do środka zwłaszcza ze nie było tam nic bardzo ciekawego. Obeszliśmy zamek wokół murów i udaliśmy się po motory i ruszyliśmy dalej w poszukiwaniu dzikiej plaży gdzie będziemy mogli rozbić namioty. Po przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów i zasięgnięcia informacji u dwóch idących wzdłuż drogi turystów dowiedzieliśmy się o ładnej plaży w pobliżu miejsc gdzie się akurat znajdowaliśmy. Okazało się ze chłopaki mieli racje.
DZIEN 10, 11 (10, 11 sierpnia, niedziela, poniedziałek)
DZIEN 12 ( 12 sierpnia, wtorek)
Znudzeni plaża i słońce postanowiliśmy jechać dalej i zacząć kierować się powoli w stronę domu, bo powoli kończył się urlop a przed nami 2 tys km do domu. Po spakowaniu obozowiska i czułym pożegnaniu z poznanymi ludźmi udaliśmy się w kierunku Kerch aby przesmykiem miedzy morzem Azowskim a jeziorami opuścić półwysep krymski.
DZIEN 13 ( 13 sierpnia, środa)
Po pysznej jajecznicy, która zrobiła nam gospodyni spakowaliśmy się i udaliśmy się w dalsza trasę w kierunku Mikolajewa.
DZIEN 14 (14 sierpnia, czwartek)
Poranek znów przywitał nas słońcem. Podczas pakowania Stachu zauważył ze jego tylne Kolo dziwnie się zachowuje. Jak się okazało pod wpływem ciężaru bagażów obluzowały się szprychy i pojawił się mały luz na łożysku tylnego Kola. O wymianie łożyska nie było mowy wiec naciągnęliśmy szprychy i ruszyliśmy w dalsza trasę. Celem dzisiejszego dnia był Kamieniec Podolski a następnie Chocim. Podróżowaliśmy przez małe wsie, które coraz bardziej nam się podobały. Jechało się wolniej, ale za to dużo przyjemniej niż głównym drogami. Około 17 dotarliśmy do Kamienca Podolskiego i uderzyliśmy od razu na zamek. Obiekt jest zachowany w przyzwoitym stanie i widać ze cały czas jest remontowany wiec warto tu przyjechać i go zobaczyć. Po zwiedzeniu zamku pojechaliśmy do oddalonego o 30 km Chocimia gdzie również znajduje się zamek.
DZIEN 15 ( 15sierpnia, piątek)
Pobudka o 6, szybkie śniadanie i wyjazd kilka minut po 7. Kierunek- przejście graniczne w Krościenku. Po 300 km podróży przez malownicze tereny Podola około godziny 17dotarlismy na tereny przygraniczne gdzie zrobiliśmy jeszcze tanie zakupy, zatankowali pod korek i skierowaliśmy się w kierunku przejścia granicznego gdzie po godzinie byliśmy już po Polskiej stronie. Milo było zobaczyć tabliczkę Unia Europejska wita i poczuć ten równy asfalt pod Kolami, lecz po kilkudziesięciu kilometrach gdy zjechaliśmy z głównej drogi czar prysł. Dojechaliśmy do Cisnej gdzie mieliśmy spędzić ostatnia noc naszej wyprawy. Okazało się jednak ze trafiliśmy na festiwal „Bieszczadzkie Anioły” i cala Cisna była nabita ludźmi i na żadnym polu namiotowym nie było miejsca. Jedna udało nam się gdzieś w pokrzywach rozbić namiot i jakoś się przespać.
DZIEN 16 ( 16 sierpnia, sobota)
Poranek był słoneczny, lecz już nie taki gorący jak na Ukrainie. Na śniadanie żurek w „ Siekiera Zada” i wsiadamy na motocykle i kierujemy się na Radomsko. Im bliżej domu tym bardziej się chmurzyło. Czekaliśmy tylko tego momentu, kiedy zacznie lać. No i stało się! Po przeprawie promowej w Borusowej na Wiśle kilkadziesiąt kilometrów przed Włoszczowa zaczęło padać.
Odsłon: 14959 | Email
Tylko zalogowan użytkownicy mogą komentować materiały . Powered by AkoComment Tweaked Special Edition v.1.4.6 |
||||
| Zmieniony ( 13.10.2008. ) | ||||
| « poprzedni artykuł | następny artykuł » |
|---|
Sondy
Losowe zdjęcie
Licznik odwiedzin
| Dzisiaj | 8 |
| Wczoraj | 39 |
| Tydzień | 120 |
| Miesiąc | 290 |
| Wszystkie | 58757 |
Ostatnie posty
- O:forum motocyklistów z Radomska!
Paulina 21-07-10 13:55 - forum motocyklistów z Radomska!
Paulina 21-07-10 13:54 - Sprzedam HONDA CRF 450R
firek 27-06-10 18:13 - O:Poszukuję garażu d
firek 13-05-10 14:24 - Poszukuję garażu d
lomiarz 13-05-10 00:28



Długo się nie zastanawiając już cała ekipa wyprzedziliśmy cała kolejkę bokiem i dojechaliśmy na sam początek. Po kilkunastu minutach zostaliśmy wpuszczeni na samo przejście graniczne gdzie po godzinie przeszliśmy odprawę paszportową po Polskiej stronie i tu skończyła się sielanka. Po ukraińskiej stronie staliśmy ponad 3 godziny i tu zaczęło się wypełnianie papierków i bieganie z nimi od jednego celnika do drugiego. Na szczęście po ponad 4 godzinach spędzonych na granicy udało nam się przedostać na Ukraińska stronę. Po kilku kilometrach przejechanych od granicy zatrzymaliśmy się na tankowanie taniego ukraińskiego paliwa i na tej samej stacji benzynowej wymieniliśmy dolary na hrywny. Po zatankowaniu pod korek ruszyliśmy coraz bardziej dziurawymi drogami w stronę Lwowa gdzie mieliśmy spędzić pierwszą noc na Ukrainie. Około godziny 20 dotarliśmy do Lwowa, który przywitał nas brukowanym drogami, w których znajdowała się pajęczyna torów tramwajowych, które znacznie utrudniały naszym obładowanym motocyklom poruszanie się po mieście. Po dość długich poszukiwaniach hotelu udało nam się zameldować w hotelu Lwów. W momencie, kiedy podjechaliby pod hotel odbywało się w Sali bankietowej wesele. Nasze motocykle wzbudziły tak duże zainteresowanie gości, ze po kilku minutach zostaliśmy zaproszeni na przyjęcie weselne. Goście weselni zrobili sobie kilka pamiątkowych zdjęć z naszymi motocyklami i jakoś udało nam się wymknąć z opresji. Motocykle na parking strzeżony, szybki prysznic w zimnej wodzie, która jest na Ukrainie towarem deficytowym i uderzamy w miasto. Nasze wojaże po mieście z racji tego ze byliśmy wykończeni zmaganiami na granicy zakończyły się w pierwszym napotkanym barze, gdzie zjedliśmy dobra, tania kolacje, wypiliśmy kilka ukraińskich browarów i około północy wróciliśmy do hotelu.
Potem jedziemy jeszcze jakieś 50 km i dojeżdżamy, do jakiegoś maleńkiego miasteczka. Byliśmy tak zmęczeni i przemoknięci ze nikt nawet nie zwrócił uwagi na to, w jakim miejscu śpimy. Znaleźliśmy tani hotel. Szybko się rozpakowaliśmy, Motocykla na parking za hotelem gdzie pilnował ich wielki Sabaku ( pies). Na dobre zakończenie dnia udaliśmy się do baru który znajdował się na parterze w hotelu w którym się zatrzymaliśmy. Tam poznaliśmy bardzo sympatyczną barmankę Larise i kilku miejscowych chłopaków z którymi szybko znaleźliśmy wspólny język i wypijając ogromne ilości piwa przesiedzieliśmy tam do później nocy.
Późnym popołudniem dojeżdżamy do pierwszego docelowego miasta na Krymie. Spotykamy tam pierwsze japońskie motocykle na Ukrainie- dwóch Ukraińców na Afryce i Varadero. Wymieniliśmy z nimi kilka zdań i pojechaliśmy szukać noclegu. Nocleg znajdujemy u miejscowych naganiaczy, którzy na obrzeżach miasta czekają na turystów żeby zaprowadzić ich do kwatery. Była to najdroższa kwatera podczas całego naszego wyjazdu ale za to warunki były chyba najlepsze z pośród wszystkich odwiedzonych przez nas hoteli. Po rozpakowaniu się, zaprowadzeniu motocykli na parking i szybkim prysznicu niecierpliwie ruszyliśmy, aby po raz pierwszy zamoczyć nogi w morzu Czarnym. Spacerując brzegiem morza wypiliśmy kilka browarów, a dziewczyny w tym czasie dały się naciągnąć na narysowanie portretu przez pseudo artyste o polskim pochodzeniu. Dobry bajer to podstawa sukcesu. Portrety w niczym nie przypominały twarzy dziewczyn a kosztowało to nas 20 chrywien. Po powrocie do kwatery wszyscy szybko zalegli na łóżkach i zostali w tym stanie do rana.
Ta przyjemność po utargowaniu 10 chrywien kosztowała nas 140 chrywien. Potem jeszcze kolejne 20 od osoby za wejście do miasteczka i byliśmy już w środku. Ogólnie warte zobaczenia miejsce. Po wyjściu z miasteczka natknęliśmy się jeszcze na niedawno odkryta studnie na której dnie podobno znaleziono skarb o wartości 4 mln dolarów który znajduje się w jakimś muzeum. W jakim już się nie dowiedzieliśmy. Po wejściu do jaskini schodziło się dobre 100 metrów w dół a potem była już studnia właściwa, w której krętymi schodami schodziło się w dol. Różnica temperatur w studni a na zewnątrz wynosiła jakieś 20 stopni. Fajne uczucie jak się wyszło na zewnątrz. Następnie czekał już nas tylko spacer na dol. Schodząc z góry na której znajdowało się miasteczko skalne zwiedziliśmy jeszcze cerkiew prawosławną. Ciekawostka jest ze dziewczyny musiały założyć chusty na głowę, aby mogły wejść do środka. Wewnątrz był całkowity zakaz fotografowania, ale sprytny Staszek zawsze znajdzie sposób żeby oszukać każdy zakaz. Po zejściu ze szlaku szybkie piwko na orzeźwienie i pakujemy się z browarem do busa, który podwiózł nas pod sam hotel. Po obiedzie nadszedł czas żeby zrobić użytek z zakupionego wcześniej silikonu i zabrać się za zlikwidowanie wycieku z TDMa.
W tym celu udaliśmy się z hotel gdzie znajdował się parking, na którym stały nasze maszyny. Podczas rozbiórki okazało się ze nie mamy jednego klucza imbusoego, bez którego nic nie zrobimy. Struż parkingu powiedział nam ze na Ukrainie nie używa się takich, imbusow i będziemy mieć problem żeby kupić taki klucz. Trochę nas to podłamało, ale Rogaty z Gilem udali się z miasto w poszukiwaniu klucza i ja z TDMem zostałem na parkingu kombinując jak odkręcić felerną śrubę. Po 20 minutach chłopaki wrócili z kompletem kluczy imbusowych TOPEXA
i kilka mniejszych miasteczek. To był chyba najładniejszy odcinek trasy podczas całego naszego wyjazdu. Niekończące się zakręty, podjazdy i zjazdy. Po prawej stronie piękne morze Czarne a po lewej góry.
Około godziny 21 dotarliśmy wreszcie do Sudaku. Robiło się już ciemno a my nie mieliśmy jeszcze noclegu. W Sudaku znajduje się zamek, na którym początków chcieliśmy przenocować, lecz nie udało się nam to ze względu na to ze nie mogliśmy motocyklami wjechać na zamek. Na zamku odbywał się akurat festiwal rycerski i jeden z uczestników zaoferował nam swoja pomocą w znalezieniu noclegu i po kilkunastu minutach zaprowadził nas do pewnej kobiety, która wpuściła nas na podwórko i pozwoliła rozbić namioty za pewna oplata. Mając już nocleg ruszyliśmy zdobywać zamek, lecz ze względu na wszechobecna ciemność polegliśmy przy głównej bramie na murku z flaszka wódki.
Trafiliśmy na dzika plaże, która dookoła otaczały góry i klify. Widoki były cudowne, ludzi nie było zadumo i wszystkim się bardzo podobało. Ogólnie postanowiliśmy rozbijamy namioty i zostajemy tutaj trzy dni. Reszta dnia upłynęła nam na rozbijaniu obozowiska na plaży i korzystania z uroków miejsc, w którym się znaleźliśmy. Wieczorem przypłynęły na plaże delfiny, które raz po raz pokazywały swoje płetwy grzbietowe nad powierzchnia wody.
Wieczorem zrobiliśmy ognisko, na który przyszli sąsiedzi którzy byli rozbić niedaleko nas. W ten sposób poznaliśmy Sergieja, dwie siostry z Białorusi: Gale i Nasze oraz dziewczynę Sergieja Ole.
Kolejne dwa dni minęły nam na leniuchowaniu na plaży, kąpielach w morzu w którym woda miała 27 stopni, okładach błotnych i ogólnie wszechobecna sielanka-jak to na plaży.
Na mapach była tam zaznaczona normalna droga wiec zdecydowaliśmy ze jedziemy. Na obiedzie w barze zapytaliśmy się chłopaka, który jadł tam obiad czy ta droga jest przejezdna, na co on odpowiedział ze tak, bo tamtędy jeździ czasami i ze bez problemu przejedziemy. Podbudowani ta wiadomości zatankowaliśmy pod korek i pojechaliśmy w kierunku przesmyku. Początkowo jechaliśmy asfaltem. Po kilkunastu kilometrach skończył się asfalt a zaczął się szuter. Kilka kilometrów szutru w końcu przeistoczyło się w polna drogę. Zawracać nie było sensu wiec grzaliśmy przez te pola az 100km.Po prawej stronie w odległości kilkudziesięciu metrów mieliśmy morze Azowskie a po lewej jeziora. Momentami można było odnieść wrażenie jak by się jechało przez jakieś afrykańskie stepy. Same wysuszone wysokie trawy, żadnej cywilizacji ani zabudowań pod sam horyzont. Przejechanie tego przesmyku do końca zajęło nam
Ciekawostka jest to ze plaża nad morzem Azowskim jest w całości pokryta drobnymi muszelkami. Ciężko tam znaleźć piasek. Po dojechaniu do pierwszej cywilizacji zjedliśmy obiad w jakimś podrzędnym barze i pojechaliśmy dalej, aby przejechać jeszcze kilkadziesiąt kilometrów zanim zrobi się ciemno. W rezultacie dojechaliśmy do jakiejś malej wioski gdzie zapytaliśmy o nocleg i zostaliśmy pokierowani do kobiety, która miała w domu cos w rodzaju hotelu, a mianowicie przyjmowała gości na nocleg. Bez problemu odnaleźliśmy wskazany Dom i bezproblemowo załatwiliśmy nocleg. Kobieta okazała się bardzo mila i życzliwa. Przyniosła nam świeżego mleka prosto od krowy, uszykowała pokoje i ogólnie zadbała o to żeby niczego nam nie brakowało. 
Po przejechaniu 50 km znów brakło Gilowi paliwa. Na szczęście najbliższy CPN był w zasięgu kilku km wiec Stachu po zatankowaniu wrócili po Gila i dolał mu paliwa tak żeby mógł dojechać do stacji benzynowej. Dalsze 500km jechaliśmy bezproblemowo w pięknej pogodzie, chodź mogłoby być trochę chłodniej. Po dojechaniu do autostrady na Odesse przecięliśmy ja i wybraliśmy dalej drogę przez małe wioski, aby nie wracać dalej ta sama droga i zobaczy tez jak wyglądają małe wsie na Ukrainie. Nocleg zrobiliśmy nad rzeka w całkiem przyjemnym miejscu.
Byliśmy jednak za późno i nie można było wejść do środka, ale po tym, co zobaczyliśmy z zewnątrz można stwierdzić ze jest to bardzo ładny zamek położony nad samym brzegiem rzeki. Było już późno wiec udaliśmy się do wskazanego przez miejscowych hotelu gdzie spędziliśmy ostatnią noc na Ukrainie.
Padać to mało powiedziane. Zaczęło lać. No i w strugach deszczu pokonaliśmy te ostatnie 100km. Mokrzy, ale szczęśliwi wjechaliśmy w deszczu do Radomska i z czystym sumieniem możemy uznać nasza wyprawę za udana. Zobaczymy, co przyniesie przyszły rok.
Skomentuj
